Nie dostałeś się na wymarzone studia? To nie koniec drogi, ale moment, w którym warto podjąć mądrą decyzję.
Każdego roku, zaraz po ogłoszeniu wyników matur i rekrutacji na studia, prowadzę dziesiątki bardzo podobnych rozmów. Zmieniają się nazwiska uczniów, zmieniają się uczelnie, ale pytania pozostają niemal identyczne.
“Panie Robercie, nie dostałem się na medycynę. Rodzice mówią, żebym poszedł na jakiś kierunek i za rok poprawił maturę.”
“Myślę o biologii. Przecież będę miał kontakt z tym przedmiotem, więc łatwiej będzie poprawić wynik.”
“Nie chcę zmarnować roku. Lepiej studiować cokolwiek niż siedzieć w domu.”
Doskonale rozumiem takie myślenie. Jeszcze kilkanaście lat temu sam prawdopodobnie uznałbym je za rozsądne. Problem polega jednak na tym, że przez ponad dwadzieścia lat pracy z kandydatami na kierunki medyczne mogłem obserwować, jak takie decyzje wyglądają w praktyce. I właśnie praktyka nauczyła mnie, że studia wybrane wyłącznie po to, aby „przeczekać” rok do kolejnej matury, bardzo często oddalają ucznia od jego celu, zamiast go do niego przybliżać.
Nie oznacza to oczywiście, że studiowanie jest błędem. Wręcz przeciwnie – studia to fantastyczny etap życia i ogromna wartość. Problem pojawia się wtedy, gdy wybieramy kierunek nie dlatego, że naprawdę chcemy go studiować, lecz wyłącznie dlatego, że boimy się zrobić sobie rok przerwy.
Dlaczego plan wydaje się tak dobry?
Z perspektywy maturzysty wszystko wydaje się logiczne. Można przecież jednocześnie studiować i przygotowywać się do poprawy matury. Rok nie zostanie „zmarnowany”, pojawią się nowi znajomi, pierwsze doświadczenia akademickie, a wieczorami pozostanie czas na naukę biologii i chemii.
Na papierze ten plan wygląda naprawdę dobrze.
Problem w tym, że życie bardzo rzadko wygląda tak, jak rozpisujemy je sobie w sierpniu.
Po rozpoczęciu roku akademickiego szybko okazuje się, że uczelnia nie jest dodatkiem do przygotowań maturalnych. Bardzo często to właśnie przygotowania do matury stają się dodatkiem do studiów.
To subtelna, ale niezwykle istotna różnica.
Pierwszy rok studiów pochłania więcej czasu, niż większość maturzystów zakłada
Osoby, które nigdy nie studiowały, często wyobrażają sobie, że uczelnia oznacza kilka godzin zajęć dziennie, a resztę czasu można dowolnie wykorzystać. Rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej.
Pierwszy rok to okres poznawania nowego środowiska, nowych zasad i nowego sposobu nauki. Dochodzą obowiązkowe ćwiczenia, laboratoria, konwersatoria, projekty, kolokwia i pierwsza sesja egzaminacyjna. Wiele zajęć wymaga obecności. Nie dlatego, że są niezwykle rozwijające, ale dlatego, że takie są zasady funkcjonowania uczelni.
W praktyce oznacza to, że nawet jeśli część przedmiotów nie ma żadnego związku z maturą, student musi poświęcić im czas. Często bardzo dużo czasu.
Dochodzi do tego przygotowanie do zaliczeń, dojazdy, przerwy między zajęciami i zwykłe zmęczenie wynikające z intensywnego dnia.
Wieczorem pozostaje już znacznie mniej energii niż wydawało się kilka miesięcy wcześniej.
Nie dlatego, że ktoś jest leniwy.
Po prostu organizm ma swoje ograniczenia.
Paradoks ambitnego studenta
Co ciekawe, największe trudności bardzo często mają osoby najbardziej ambitne.
Kiedy rozpoczynają studia, nie chcą ich jedynie „zaliczyć”. Chcą być dobrymi studentami. Przygotowują się do kolokwiów, zdobywają wysokie oceny, angażują się w życie uczelni i starają się niczego nie zawalić.
To piękna postawa.
Paradoks polega jednak na tym, że właśnie ta ambicja zaczyna odbierać czas, który miał być przeznaczony na przygotowania do matury.
W pewnym momencie pojawia się myśl:
„Skoro już studiuję, wypadałoby zaliczyć pierwszy rok.”
A chwilę później:
„Skoro tyle już zrobiłem, może nie ma sensu rezygnować.”
I właśnie w tym momencie pierwotny cel zaczyna powoli znikać z horyzontu.
Nie dzieje się to jednego dnia. To proces, który obserwuję niemal każdego roku.
Największy mit: „Pójdę na biologię albo chemię, więc będę jednocześnie przygotowywał się do matury”
Spośród wszystkich argumentów, które słyszę od maturzystów, ten pojawia się chyba najczęściej.
Logika wydaje się prosta. Skoro ktoś studiuje chemię lub biologię, to przecież codziennie ma kontakt z materiałem. W takim razie poprawa matury powinna być łatwiejsza.
Niestety rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej.
Matura jest egzaminem opartym na podstawie programowej szkoły ponadpodstawowej. Sprawdza określony zakres wiedzy, ale przede wszystkim umiejętność rozwiązywania zadań zgodnie z wymaganiami Centralnej Komisji Egzaminacyjnej. To zupełnie inny sposób myślenia niż ten, z którym student spotyka się na uczelni.
Chemia akademicka bardzo szybko wykracza poza materiał licealny. Pojawiają się zagadnienia, których nigdy nie będzie na maturze, inne nazewnictwo, bardziej szczegółowe opisy procesów oraz znacznie szersze spojrzenie na wiele tematów.
To niezwykle ciekawe, ale nie pomaga zdobywać punktów na egzaminie.
Wręcz przeciwnie.
Wielokrotnie obserwowałem sytuacje, w których studenci biologii lub chemii posiadali ogromną wiedzę akademicką, a mimo to odpowiadali na pytania maturalne gorzej niż osoby przygotowujące się wyłącznie według wymagań CKE.
Dlaczego?
Ponieważ na maturze nie zdobywa się punktów za pokazanie, że wie się więcej. Punkty zdobywa się za odpowiedź zgodną z wiedzą licealną.
To dwie zupełnie różne umiejętności.
Wiedza to nie wszystko
To jeden z najważniejszych wniosków, do których doszedłem po latach pracy z maturzystami.
Większość osób uważa, że sukces na maturze zależy przede wszystkim od ilości zdobytej wiedzy.
Oczywiście wiedza jest niezbędna.
Nie jest jednak wystarczająca.
Równie ważne jest zrozumienie sposobu myślenia egzaminatora, umiejętność interpretowania poleceń, znajomość schematów oceniania i wyrobienie nawyków pracy z arkuszem.
Tego nie uczy pierwszy rok studiów.
Tego uczy systematyczna praca z materiałem maturalnym.
Czy da się pogodzić studia z przygotowaniami do matury?
Tak!
Każdego roku współpracuję z osobami, które studiują i jednocześnie przygotowują się do poprawy matury. Właśnie dlatego od dawna planujemy nasze kursy tak, aby uwzględniały również ich potrzeby.
Intensywne kursy #ĆMA prowadzone są także w grupach wieczornych, dzięki czemu można uczestniczyć w zajęciach po zakończeniu dnia na uczelni. Kurs Premium daje z kolei dostęp do nagrań wszystkich wykładów, co pozwala wrócić do materiału wtedy, gdy obowiązki akademickie uniemożliwią udział na żywo.
To rozwiązania, które powstały dlatego, że każdego roku rozpoczyna z nami naukę kilkanaście osób studiujących.
Muszę jednak uczciwie powiedzieć coś jeszcze.
Mimo tych udogodnień tylko część z nich dociera do końca przygotowań.
Nie przegrywają z kursem. Nie przegrywają z chemią. Nie przegrywają z biologią. Najczęściej przegrywają z codziennością studenckiego życia.
Zaliczenia stają się ważniejsze od arkuszy.
Sesja wypiera powtórki.
Zmęczenie wygrywa z systematycznością.
A później bardzo łatwo powiedzieć sobie:
„Poprawię maturę za rok.”
Dlaczego najlepiej pracuje mi się z osobami na gap year?
Po przeczytaniu tego artykułu ktoś może pomyśleć, że namawiam wszystkich do zrobienia gap year.
Nie.
Namawiam do świadomego wyboru.
Jeżeli ktoś naprawdę chce studiować konkretny kierunek, nie powinien z niego rezygnować wyłącznie dlatego, że przeczytał taki artykuł.
Jeżeli jednak jedynym powodem rozpoczęcia studiów jest chęć „przeczekania” roku do kolejnej matury, warto bardzo poważnie zastanowić się, czy rzeczywiście jest to najlepsza droga.
Największe sukcesy odnoszą moi uczniowie, którzy świadomie zdecydowali, że przez jeden rok ich najważniejszym zadaniem będzie przygotowanie do matury.
Nie dlatego, że mają więcej talentu.
Nie dlatego, że są bardziej inteligentni.
Dlatego, że mają jeden jasno określony priorytet.
Całą energię inwestują w osiągnięcie celu, zamiast próbować realizować dwa wymagające projekty jednocześnie.
Rok może być inwestycją, a nie stratą
W polskiej kulturze wciąż bardzo często funkcjonuje przekonanie, że gap year to rok stracony.
Moim zdaniem jest dokładnie odwrotnie.
Jeżeli ten czas zostanie dobrze zaplanowany, wypełniony regularną nauką, rozwojem, pracą nad własnymi słabościami, a jednocześnie pozwoli dostać się na wymarzone studia, trudno nazwać go stratą.
Znacznie większą stratą może okazać się kilka lat spędzonych na kierunku, którego od początku nie chciało się studiować.
Na zakończenie
Gdybym miał udzielić jednej rady osobie, która właśnie zastanawia się nad wyborem między przypadkowymi studiami a świadomie zaplanowanym gap year, powiedziałbym tylko jedno.
Nie pytaj, co pozwoli Ci „nie zmarnować roku”.
Zapytaj, która decyzja z największym prawdopodobieństwem przybliży Cię do miejsca, w którym naprawdę chcesz być za pięć czy dziesięć lat.
Bo celem nie jest zaliczenie kolejnego roku.
Celem jest dostanie się na studia, o których marzysz.
A z mojego doświadczenia wynika, że najkrótsza droga do tego celu bardzo rzadko prowadzi przez przypadkowo wybrany kierunek studiów. Wręcz przeciwnie – najczęściej prowadzi przez świadomie zaplanowany rok intensywnej, regularnej pracy nad maturą.



